2015.09.16 – „Opowieść pewnego imigranta”

Tym razem w serii #GarbacikBlognaczaskwarantanny sięgamy nieco głębiej, bo aż do 2015 roku. Sięgamy do jednego z najbardziej zwariowanych biegów, jaki miałem okazję sobie (jak i swojej sztafecie zafundować)! Do dzieła! (Klasycznie: kursywa tekst cytowany, bold aktualne komentarze Cycerona).

Opowieść pewnego emigranta – tutaj

Temat ostatnio na topie, więc nie mogło też zabraknąć, chociaż małej wzmianki o tym na blogu Cycerona. Pomimo tego, że imigrant ze mnie żaden, bo w Czechach byłem tylko przez dwa dni, dodatkowo w gruncie rzeczy dalej bardziej czuję się Wawelowcem, niż Slavianinem, mam nadzieję, że ten płodny tytuł przysporzy mi nowych czytelników, pragnących szukać sensacji o uchodźcach z bliskiego wschodu. Taki o to chwyt marketingowy, a co!

Nie mam w zwyczaju opisywać dokładnie, punkt po punkcie co działo się w trakcie każdego biegu. Ten bieg jednak wyjątkowo na to zasłużył. Rozpocznijmy sprawozdanie z drugiego dnia, czeskiego pucharu sztafet. Rozpocznijmy opowieść pewnego imigranta z Krakowa. To widocznie były jeszcze te czasy, kiedy takie stawianie przecinków mnie nie irytowało. W sumie to człowiek chyba jest zdrowszy, gdy się tak nie irytuje!

Na starcie byłem wyjątkowo zmotywowany, gotowy do walki. Nie miałem pojęcia, że aż takiej! Ruszyłem dobrze, sam dobieg do startu był już bardzo męczący, grupa 64 zawodników zapieprzała niewiele powyżej 3min na kilometr. Na jedynkę niepotrzebnie wlazłem w największe zielone (około 10-15 sekund w plecy). Mimo tego biłem ją mając kontakt z czubem, przygoda miała się jednak dopiero zacząć…

Biegnę na dwójkę i nagle w całym lesie nagle można usłyszeć wulgarne określenie jakim przedstawia się kobietę lekkich obyczajów (synonimy: dzi*ka, prostytutka, ladacznica, kurtyzana, Łęcka itd.). Gałąź przebiła mi na wylot buta, robię kilka kroków – tak biec się nie da, próbuję wyciągnąć i pupa! Nie da się! Bardzo niekulturalny był kiedyś ten Garbacik Blog!

Pojawiły się dwie myśli (obie głupie)
– dobiec z drewnianym kolcem w stopie
– zejść z trasy

Drugą myśl jak się domyślacie szybko odrzuciłem, pierwsza była niemożliwa do wykonania, bo bolało jak … (bardzo bolało). Tak doczłapałem do dwójki, odbiegając od dwójki, pojawiła się trzecia myśl – ściągnij buta. Udało się, teraz tylko trzeba wyciągnąć gałąź, rozwiązać pieczołowicie zawiązane przed startem sznurówki, ubrać buta, no i potem przydałoby się jeszcze go zawiązać. Te wszystkie czynności zakończyły się dopiero podczas podbiegu na szóstkę. W ten sposób na trójkę biegłem bez jednego buta, pi razy drzwi na kierunek, jednocześnie bawiąc się sznurówkami. Udało się znaleźć punkt i rozwiązać buta. Jest dobrze! Teraz sklejamy grupę, biegnąc bez buta! Po podgonieniu zawodników mnie wyprzedzających, można było ubrać obuwie i zacząć napieprzanie. Strata była duża, na czwórce 46 miejsce i 1’30’’ straty do Adam Chloupka…

Od tego momentu mogłem zacząć znowu biec, dużo sił kosztowało mnie sklejanie kolejnych grup, dużą grupę (w tym Marcina) cyknąłem na kierunkowym wejściu na PK 7. Za dziesiątką zaliczyłem konkretną kąpiel w bagnie i trochę zdekoncentrowany zrobiłem największy i jedyny tak duży błąd na trasie na PK 11. Później było już bardzo dobrze, tempo naprawdę było szybkie, krecha klejona jak należy, ostatnie wahnięcie na PK 16 – jakieś 20-30 sekund. Na PK 19 razem ze starszym kolegą z pierwszego teamu dogoniliśmy kolejną grupę, później rozbicie i tak do mety. Do mety po 9 miejsce miejsce, z malutką startą do czwartego. Good Job, as Eduard said : ) Dla takich biegów się trenuje!!!

Trzy wykrzykniki, OMG – kto to napisał?

Wygrane międzyczasy na Czeskim Pucharze Sztafet pokazują, że w nogach musiało być (i było) ; )

Warto odnotować: trzecie miejsce naszego pierwszego teamu!

*fot. Petr Kaderavek

Z dziennikarskiego obowiązku należy dodać, ze pierwszego dnia biegałem II zmianę. Bieg był taki bezpłciowy, ani dobry, ani jakiś wyjątkowo słaby. 

Choć ten fragment pokazuje, że można!

Mapka ze sprintu wkrótce –
ostatecznie się nie pojawiła, ale zdaje się że „natrzaskałem” tam trochę błędów

Bieg opisywany przez pewnego imigranta był próbą generalną przed niedzielną sztafetą na MP. Biegałem już wiele raz pierwsze zmiany i nie będzie to dla mnie nic nowego. Nie ma sensu ukrywać po co jadę na te sztafety. Cel jest jasny. Jednakże celem operacyjnym jest przede wszystkim dobry bieg, wybieranie pewnych punktów ataków, kontrola mapy i trzymanie kierunku. A co to da? Zobaczymy!*

*Tu miejsce na dłuższą dygresję. Jak historia pokazała weekend później była „klapa” po całości. Powodów, patrząc z perspektywy czasu myślę, że jest kilka. Te powody i wnioski z całej tej mojej sportowy, juniorskiej zabawy mogą posłużyć jako ciekawy materiał dla kolejnego pokolenia zawodników (a może bardziej nawet ich trenerów).
– Myślę, że w pewnym momencie zabrakło kogoś z bliskiego grona trenerskiego, kto by mi powiedział „Michał, daj sobie spokój z tą orientacją, Twoje zdolności motoryczne pretendują Cię do czegoś zupełnie innego. Przygotujmy się pod sezon biegów górskich.” Łatwo jednak gdybać, nikt nie chce też „pozbywać się” zawodników. Warto jednak (myślę nie tylko w sporcie), zastanowić się nad tym w czym jesteś dobry/dobra, do czego masz zdolności. I zacząć to robić. – parafraza słów słynnego Laski
– Zabrakło również odpowiedniej pracy związanej z treningiem mentalnym. Łatwo jest pisać o celach operacyjnych, gdy tak naprawdę w głowie siedzi coś zupełnie innego. Myślę, że w pewnych przypadkach przemotywowanie (motywacja kierowana w złą stronę) może być gorsze od jej niedoboru.


Z drugiej jednak strony, oczywiście z perspektywy czasu, (jeśli nie mówimy o nie wiadomo jakim poziomie, a ten poziom opisywany na blogu przecież taki nie był : D) myślę że wynik sportowy, ilość blach z MP, wieczna chwała itp. itd. może zejść na boczy tor. Dla kogoś kto nie jest zawodowcem, a jedynie „bawił się w sport” cenniejsze są wspomnienia, umiejętności i doświadczenia. Ciężko, więc prorokować co by było gdyby. Zamiast gdybać, personalnie wolę działać! Także już chyba najwyższy czas na koniec tej dygresji, przesłanie które chciałem zawrzeć chyba się znalazło!

Piosenka, dla tych co rozgrzeją parkiet w „Społem” po sezonie!*
– rozgrzali (i to jeszcze nie raz)
*To były czasy muzycznych dedykacji na blogu.

Belinda Carlisle – tutaj

P.S.
Dziękujemy za miłe przyjęcie ze strony naszych nowych klubowych kolegów. Myślę, że jeszcze razem nabiegamy parę medali 🙂

Teraz już mogę z dużą dozą pewności napisać, że nie nabiegamy xD

Z dużą przyjemnością wspominam czasy dawnego trenowania i ciągłych wyjazdów. Omawiany bieg był właśnie taką petardą, po którą sięga się z największą przyjemnością. Petardą którą warto było „odkopać” z archiwum Garbacik Blog!

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *