21,097 km szczęścia

Czas na powrót do kolejnego wpisu. Wpisu, który pojawił się na blogasku prawie rok temu. Wpisu, w którym jest jakaś taka pozytywna energia. Powrót ten jest nieprzypadkowy, w tym tygodniu zainaugurowaliśmy akcję Biegam dla Piotra. Akcję, o której na tym blogasku będzie jeszcze sporo pisane. Stąd powrót do Biegam dla Wiktorii jako preludium do tegorocznych działań. Niech się dzieje!

A teraz przenieśmy się w czasie do 2018 roku! Miłej lektury!

„Plany i przygotowania

Pomysł startu w tym biegu narodził się w głowie podczas jednej z długich wędrówek w Szwajcarii (swoją drogą wiele pomysłów narodziło się właśnie w Szwajcarii i na Łotwie – chyba czas zaplanować jakieś wędrówki w górach czy gdzieś). Pierwotnie myślałem, aby pobiec z Piotrkiem (wiedziałem, że tego dnia przypada finał jego akcji #BiegamdlaWiktorii. Z czasem jednak regularne treningi na siłowni na Lindego oraz regularne bieganie 3-4 w tygodniu zaczęły sprawiać, że czułem się coraz lepiej i postanowiłem podjąć rękawicę. We wrześniu wykonałem nawet kilka treningów na bieżni (nie przekraczając magicznej bariery 4 treningów w tygodniu), między innymi szalone 2*5 km po 4’00. Tydzień przed biegiem wykonałem solidną (jak na moje przygotowania) wycieczkę biegową z Gajkiem. Padło na niej pytanie:

– Po co Ci taka wycieczka na tydzień przed półmaratonem?
– Bo mam ochotę pobiegać po górach.

Niech to będzie najlepszą odpowiedzią, z jakim nastawieniem podszedłem do tego startu!

Przed biegiem

W ramach biegu (i nie tylko tego biegu) starałem się pomóc mojemu koledze w organizacji akcji charytatywnej – więcej informacji w poprzednim wpisie. Uprzedzę fakty, obydwaj ukończyliśmy ten bieg 😉

Wracając do kwestii sportowych (bo w gruncie rzeczy ma być to sportowy wpis) chciałem zrealizować swój wymarzony cel – 1:24, ale kompletnie nie miałem pojęcia na co mnie stać. Wymyśliłem, że zacznę po 4:05-4:10 i albo będę przyspieszał, albo przynajmniej nie umrę 😉

Zapraszam na relację, kilometr po kilometrze, która w pewnym sensie ma być nawiązaniem do tamtej historii. Pobiegłem wtedy o ponad 7 minut szybciej, mimo to tamten bieg przyniósł mi dużo mniej radości i satysfakcji. Relacja będzie pisana zarówno w liczbie pojedynczej, jak i liczbie mnogiej [podczas biegu mam rozdwojenie jaźni i Michał Garbacik rozmawia z panem Cyceronem, coś jak Gollum i Smeagol :D]. Do dzieła zatem, panie Cyceronie!

1. km – 4:00

Bardzo spokojny kilometr w tłumie osób. Fajnie było znów poczuć klimat takich zawodów, zabawa się zaczyna!

2. km – 4:09

Drugi kilometr, czyli wracamy do zakładanej na starcie prędkości 4:10 min/km. Delikatny podbieg po ulicy Ofiar Dąbia minął wciąż w bardzo spokojnym tempie. Na tym kilometrze dogonił i przegonił mnie pan Sławek Łabuziński. Coraz bardziej zaczęły się też oddalać balony na 1:24. „Jeszcze się spotkamy” – pomyślałem!

3. km – 4:03

Tym razem lekko w dół, trzymamy kontakt wzrokowy z panem Sławkiem (słysząc doping jego rodzinki) i jedziemy dalej!

4. km – 4:04

Początek kilometra upłynął w interesującym, postindustrialnym klimacie, później bieg przez ulicę Kuklińskiego i spokojne trzymanie tempa. Kilometr po Zabłociu bez historii.

5. km – 4:07

Ostatni tak wolny kilometr, na nim był zlokalizowany też pierwszy wodopój – z którego jak z każdego na trasie skorzystałem. Na tym kilometrze uświadomiłem sobie też po ile tak naprawdę biegnę (wcześniej oznaczenia nijak nie współgrały z Garminem) i postanowiłem lekko przyspieszyć.

6. km – 4:01

Rozpoczynamy proces sukcesywnego przyspieszania. Jak się później okaże – tej maszyny już nikt nie zatrzyma! Kilometr wzdłuż Wisły, ulicy Nadwiślańskiej czy kładki Bernatka.

7. km – 3:56

Mijamy legendarny hotel Forum, pana Sławka Łabuzińskiego czy uczęszczaną przeze mnie ubiegłej zimy siłownię Lemon Fitness. Pod koniec kilometra „pijemy” – na zdrowie panie Cyceronie! Pierwszy kilometr „poniżej czterech”.

8. km – 4:00

Kolejny kilometr minął wzdłuż Alei. Starałem się sklejać kolejne grupy, idziemy naprzód! Tu też przyszła mi do głowy myśl, czy aby na pewno w tym lub szybszym tempie dam radę pokonać jeszcze 13 kilometrów…

9. km – 3:59

Nie zwalniamy jednak tempa (ja i Cyceron) i konsekwentnie „robimy swoje”. Pod koniec tego, kilometra wśród kibicujących, udało się wypatrzeć Babcię Halinkę. Babciu, pozdrowienia!

10. km – 3:55

Kilometr wzdłuż błoń przeznaczony „na kibicowanie” szybszym kolegom 😀 Zarówno Michał Kaczmarek, jak i Kuba Piech zameldowali się na mecie jakieś 7 minut przede mną 😉 Pod koniec tego kilometra zlokalizowany był również kolejny wodopój.

11. km – 3:51

Kilometr warty podkreślenie z dwóch powodów. Po pierwsze był to szybki kilometr. Jakoś tak przyjemnie nam się kleiło zawodnika, który nas wyprzedzał. Pod koniec kilometra (albo na początku kolejnego – nie jestem pewien) mijałem się z kolei ze znanym i lubianym na tym blogasku Piotrem Kowalem. Padło „Dawaj Cycu” i „Oooo Kowaaaaal”. Chciałoby się krzyknąć coś innego, ale resztki kultury osobistej mi na to nie pozwoliło. Jak Piotrek przyznał po biegu, to spotkanie było doprawdy mobilizujące.

12. km – 3:55

A ja? Dalej robię swoje! Skoro od dwóch kilometrów weszliśmy już na kolejny poziom, wypadałoby to utrzymać. Tym razem trzymamy 3:55!

13. km – 3:56

Mijamy plac na Groblach i wbiegamy na Planty. Zaczynamy odczuwać lekkie trudy tego biegu!

14. km – 3:48

Stare Miasto, nie mogło być inaczej! Mijamy jakąś zawodniczkę, w oddali zaczynam widzieć balony. Musiało nastąpić przyspieszenie!

15. km – 3:45

Grodzka, Wawel i zbiegamy nad Wisłę. Na tym kilometrze przyszła mi do głowy myśl „panie Cyceronie, czy aby Pan już nie przegina? Trzeba w jakimś tempie jeszcze szóstkę przelecieć!” Na koniec kilometra pijemy (wcześniej konsumując żela HIGH5 – audycja zawierała lokowanie produktu) i pomału wyprzedzamy zawodników odpadających od „balonowej ekipy”.

16. km – 3:52

Pomału sklejamy balony, acz znów wyszło znacznie poniżej czterech.

17. km – 3:50

Kilometr z balonami, chciałem pociągnąć z nimi jakoś jeszcze dwa, trzy kilometry. No, ale się nie dało. Podczas tego kilometra przesunąłem się z końca na początek tego małego peletonu.

18. km – 3:43

Tu może troszkę za bardzo się podpaliliśmy. Zauważyłem kolegę z Komety Gliwice – Mateusza Szwaję (nie tego romantyka i korwinistę [zbieżność nazwisk], natomiast zawodnika który z biegania po 100 minut na Iron Cupie 2016, zrobił formę na klepanie na MP2017 KK i MK). Poklepałem po plecach, ucięliśmy sobie krótką pogawędkę i Cyc Ron ruszył dalej!

19. km – 3:49

Kolejna znana z treningów część Krakowa. Lekko zwalniamy, ale staramy się doganiać kolejne osoby.

20. km – 3:44

To już naprawdę blisko. Don’t stop me now!

21. km – 3:29

Szok, co nie? Na początku kilometra rozpocząłem finisz, jak się później okazało trochę przedwczesny, bo po trzystu metrach mnie postawiło. Po pewnym czasie minął mnie (to chyba pierwsza osoba, która mnie minęła od 6 kilometra) wyprzedzony kilkadziesiąt sekund temu zawodnik. To była już taka walka przez duże W. Jeszcze ktoś krzyknął „Dawaj, dla Wiktorii!”. I to było najlepsze co mogłem usłyszeć! Biegi „z dedykacją dla kogoś” zawsze mi wychodziły najlepiej – czy gdy miałem 19 czy 21 lat, tak jest i dziś! To Wiktoria została najlepszą motywacją na ostatnich metrach. Końcówka kilometra jeszcze doping od koleżanki z pracy Ani (oraz jej dzieci) i…

finisz – bardzo szybko

…finisz, podczas którego znów wyprzedziłem wspomnianego wcześniej konkurenta [odpalając prawdziwą torpedę na ostatniej setce]. Wbiegłem na metę z nieprawdopodobną satysfakcję. Jak to mawiał Włodzimierz Szaranowicz „Nikt mu tego nie zabierze…”!

Kilka statystyk, ciekawie obrazujących specyfikę biegu:
półmaraton – 1:22:36
pierwsza dycha – 40:29
druga dycha – 38:16
15-20(km) – 19:04


Po biegu

team Biegam dla Wiktorii

Po przebiegnięciu takiego dystansu, myślę że już nigdy nie napisałbym, jak niegdyś we wpisie „Nie czuje jakiejś takiej mega satysfakcji, ten półmaraton po prostu się odbył”. Cudownie jest wrócić do biegania, do rywalizacji, cudownie jest znów móc przebiec półmaraton! Ten półmaraton to ogromna dawka satysfakcji, wysiłku, wspaniały zespół, życzliwi ludzie, przełamywanie własnych słabości, walka ze wszystkich sił.. Te 21,097 kilometrów to było prawdziwe 21,097 kilometrów szczęścia. I tym szczęściem chciałbym się podzielić, dlatego kto może… 

– lajkujemy fanpage’a #BiegamdlaWiktorii – pomoże nam to zwiększyć zasięgi i dotrzeć z akcją do większej liczby osób.
– oraz o wpłatę nawet drobnej kwoty na rzecz leczenia Wiktorii

Dalsze plany

W planach sportowych mam start w kilometrze im. Włodzimierza Dyzio, niepodległość Polski świętować będę na dystansie 5 kilometrów w Atenach. A co będzie dalej? Może zwiększymy kilometraż, a może nie 🙂 Zobaczymy! Szczęścia życzę, sobie i Wam czytelnicy!

Dawno nie było dedykacji muzycznych, tym razem dedykacja dla tych, którzy wytrzymali ze mną gdy pisałem licencjat. Wielkie uznanie dla Was! Sir Elton John we wzruszającym wykonaniu…”

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *