Run In Marseille

Przygotowania

#roadtoMarseille stało na dużo wyższym poziomie niż poprzednie przygotowania do półmaratonu w Krakowie. Bardziej regularny (i przemyślany) trening rozpoczął się mniej więcej w połowie stycznia. Celem była poprawa formy, połączona… z intensywnym zbijaniem wagi. 4 stycznia niemal osiągnięte zostało Michasiowe optimum lub jak też kto woli rekord życiowy. Starty w biegu Nawoja, Turbacz  Winter Trail czy Łemkowyna Winter Trail miały być (i były) fajnymi przetarciami oraz motywacją do wychodzenia na regularny trening. Bieganie 4-5 razy w tygodniu, regularne akcenty oraz standardowe zestawy ćwiczeń pchały Michasia do przodu. (Początek #roadtoMarseille to 2x5km po 4’20’’, by tydzień przed półmaratonem swobodnie biec już dyszkę poniżej 40’).

Przed biegiem

Ciężko było jednoznacznie określić taktykę na ten bieg. Celem minimalnym było złamanie 1’24’’, celem który by mnie zadowolił poprawienie wyniku z Krakowa (i zahamowanie corocznego spadku).

2016 – 1:15:10
2017 – 1:21:23
2018 – 1:22:36
2019 – ?

Podczas rozruchu było naprawdę w porządku, nastawienie pozytywne, czas ruszyć do boju! Start biegu wcześnie – o godzinie 8:00. Jak się później okazało był to bardzo przemyślany ruch organizatora (z godziny na godzinę znacznie rosła temperatura).

Rywalizacja – 20 km

Pierwsze pięć kilometrów minęło bardzo spokojnie (4:04, 4:00, 3:58, 3:54, 4:03). Na uwagę zasługują problemy ze złapaniem rytmu na pierwszym kilometrze (strasznie wąsko) oraz spotkanie z kuzynem na pierwszej mijance.

fot. Organizator

Druga piątka to konsekwentne przyspieszanie (3:55, 3:53, 3:55, 3:53, 3:45). To tutaj zbiegaliśmy po raz pierwszy do portu w Marsylii, dalsza część do długa, długa prosta, zakończona dopiero mijanką na 12. kilometrze.

Trzecią piątkę tym razem mogę określić jako „za szybką piątkę”. (3:53, 3:47, 3:51, 3:48, 3:49) – w głowie zaświtała już myśl – atakujemy Rzym (1:21:23). Otuchy dodawały: doping kibiców, mijanki z kuzynem oraz konsekwentne klejenie i mijanie kolejnych grup, ale…

…po tym jak wskoczył mi lap na 15 kilometrze, przyszła do głowy otrzeźwiająca myśl: „Przecież to jeszcze 6 kilometrów (No właśnie 6, a nie 5), zaraz zdechniesz”. Rzeczywiście sił zaczynało brakować, w moim wypadku nie oznaczało to jednak odpuszczenia tempa. Coraz bardziej obolały starałem się konsekwentnie je trzymać: 3:57 (pewnie jakaś górka), 3:47, 3:48, 3:39 (tu zapewne mocno w dół) i 3:47. Tutaj już mocno bolało, nadmorski wiatr dawał spore poczucie ulgi, biegu z kolei nie ułatwiały występujące na całej trasie nieznaczne (ale znacznie większe niż na krakowskich półmaratonach) zbiegi i podbiegi. Damy radę, panie Cyceronie, to już ostatni kilometr!

The End

Dwudziesty pierwszy kilometr to zdecydowanie najwolniejszy „ostatni kilometr” (3:51)  w historii moich półmaratońskich startów. Kilometr cierpienia, pięknego cierpienia wokół malowniczego portu. To był kilometr, gdzie każde 100 metrów dłużyło się niemiłosiernie! Kilometr ten pokazał, że absolutnie więcej z tego biegu wyciągnąć się nie dało!

Po biegu

Uczucie potężnego zmęczenia, obolałe nogi, ale też spora dawka satysfakcji. Długo, oj długo pan Cyceron nie mógł po tym biegu dojść do siebie. Gratulację również dla kuzyna Gajkowskiego. 1:25:04!

Typowanie

Przed zawodami przeprowadzona została znana już z innych biegów zabawa w typowanie. Z przyjemnością informuję, że jej zwyciężczynią została Aleksandra Warpacha (1:21:59). Gratulacje!

Co dalej?

Dalej w planach był udział i ukończenie drugiego ultralonga w kategorii M21E. Czy plany udało się zrealizować? Na to pytanie odpowie już inna opowieść!

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *